niedziela, 31 stycznia 2016

Vianne

   Nie zostałam długo w pokoju siostry. Zafrasowana tym, co się ze mną działo, natychmiast wróciłam do siebie, by w spokoju pomyśleć. Od razu pozasuwałam dokładnie zasłony, uważając, aby promienie słońca nie zetknęły się z moją skórą. W moim pokoju zrobiło się ciemniej, ale pomimo to nadal było w nim jasno. Sypialnia utrzymana była w jasnych, stonowanych barwach. Kolor kremowy przeważał nad całością, ale były również elementy różu oraz bieli. 
   Usiadłam na skraju łóżka, jakbym w każdej chwili miała się zerwać na nogi i obejrzałam dokładnie swoje ręce. Po zaczerwienieniu i pęcherzach nie było ani śladu. Było całkowicie normalnie, nawet bez najmniejszej blizny. Lustrując swoją skórę dostrzegłam, że żyły pod nią są bardziej widoczne niż zwykle. Nie bardzo wiedziałam dlaczego.
Przyszło mi do głowy, że Leila miała rację. Możliwe, że była to jakaś dziwna odmiana choroby i po prostu musiałyśmy wybrać się do lekarza? Przeanalizowałam w myślach wszystkie choroby, które znałam i żadne z moich oraz jej objawów do nich nie pasowały. Taka nadwrażliwość na słońce również nie pasowała do niczego. To nie było normalne, że skóra wręcz paliła się na słońcu w tak krótkim czasie. Lepszy wzrok, słuch i węch Leili. Nic z tego nie było logiczne. 
   Wzięłam głęboki wdech, odgarniając włosy z twarzy. Musiałam skupić się na wydarzeniach ostatniej nocy. Jednak im dłużej próbowałam przypomnieć sobie szczegóły natknięcia się na dwóch mężczyzn, tym bardziej biała mgła odsuwała ode mnie to wspomnienie. Nie potrafiłam tego racjonalnie wytłumaczyć, ale miałam wrażenie, że mogę ją dotknąć. Jednak nie potrafiłam w żaden sposób się do niej zbliżyć. 
   - Vianne - warknęłam na siebie. Przymknęłam na moment oczy, po czym je otworzyłam, już z czystszym umysłem. Przejrzę później książki. Na pewno wszystko się wyjaśni - pomyślałam. Zaczęłam się ubierać, zwracając uwagę na długi rękaw i analizując wszystko wokół mnie. Ciuchy z poprzedniego wieczoru zniknęły. Nie znalazłam ich w szafie - półki i wieszaki były nienaruszone, a dobrze pamiętałam jak wszystko zostawiłam. Może są w praniu? - zapytałam samej siebie. Zanim wyszłam z pokoju pościeliłam łóżko, idealnie wygładzając pościel. Nie potrafiłam znieść bałaganu wokół siebie. 
Przechodząc obok łazienki słyszałam wyraźny odgłos prysznica, całkiem jakbym była w środku. Po chwili rozległo się głuche uderzenie. Zatrzymałam się nagle. Podeszłam do drzwi, spoglądając na gałkę. Widziałam na niej niedoskonałości, na które do tej pory nie zwracałam uwagi. A może wcześniej nie potrafiłam ich dostrzec? Zapukałam dwa razy.
   - Leila?
  Poczułam zapach fiołków, tak ostry, że gdybym miała zamknięte oczy, pomyślałabym, iż ktoś podstawia mi pod nos butelkę z płynem. Nie było żadnego odzewu od siostry. Zawsze odpowiadała, nawet marnym: "Wynoś się!", "Daj mi spokój" czy "Wykastruję cię, tak jak ciotka Isobel swojego kota. Własnoręcznie!" jeśli chodziło o brata. 
   - Leila - powtórzyłam, tym razem głośniej i dobitniej. - Otworzysz?
Drzwi nagle się otworzyły. Zaskoczona zrobiłam krok w tył.
   - Czego? - warknęła na mnie. Spoglądała na mnie potępiająco, 
   - Wszystko w porządku? - zapytałam, nie bardzo wiedząc, co sądzić.
   - Nie. 
Minęła mnie owinięta kremowym ręcznikiem, mocno trącając ramieniem. Kiedy zaczęłam masować sobie rękę z dołu dobiegł głos mamy:
   - Śniadanie!
   - Zaraz! - krzyknęła Leila z irytacją w głosie. Znowu coś ją ugryzło, tak nagle. Już tak bywało, że Leila znikąd dostawała napady gniewu, ale zawsze coś wcześniej się zdarzało. Tym razem było inaczej. Patrzyłam, jak siostra weszła do swojego pokoju, trzaskając drzwiami. Czy to jest taki wiek i hormony jej buzują, czy to efekt wczorajszego wieczoru?
   Ruszyłam lekko stromymi schodami na parter. Czułam się, jakbym wylądowała w jakimś śnie. Miałam trudności z postawieniem stopy na stopniu. Ściany ze wzorami kwiatów wokół mnie wirowały i gdybym nie złapała się poręczy, zleciałabym na dół. Przystanęłam w połowie schodów, mrugając oczami, bo obraz co chwilę wyostrzał się i zamazywał. Serce mi przyspieszyło. Zlękłam się. 
   - Kurwa! - usłyszałam nagle i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystko ustało. 
   - Leila! - zawołała mama, pędząc ku schodom ze szmatką w ręku. Ubrana była w różową bluzkę i ciemne spodnie, a gęste włosy spięła w luźny kok. Miała groźną minę. - Albo się uspokoisz, albo nie wypuszczę cię z domu przez najbliższy tydzień! 
  Była drobną blondynką o jasnych, niebieskich oczach, która nie miała więcej niż metr sześćdziesiąt wzrostu. Posiadała wąskie usta, długi spiczasty nos i lekko odstające uszy. Zawsze zastanawiałam się, dlaczego aż tak bardzo przypominamy ojca, a nie mamę. Tylko ja odziedziczyłam po niej niebieskie oczy, zaś Leila praktycznie nic. Nawet nasz brat Dwayne bardziej przypominał ojca, chociaż po mamie zdobył lekko odstające uszy i niebieskie oczy. 
   Leila nagle pojawiła się u góry schodów. Mokre włosy spływały jej po ramionach na zieloną bluzkę, zostawiając na niej wilgotne ślady. Wyglądała niczym wodna nimfa, której z oczu tryskały iskry gniewu. 
  Siostra mruknęła coś pod nosem niezrozumiale, po czym nas minęła i poszła do kuchni. Mama przymknęła na chwilę oczy ze zdenerwowania. 
   - Nie przejmuj się, mamo. Przejdzie jej - pocieszyłam ją najbardziej łagodnym głosem na jaki było mnie stać. 
   - Nie wiem, co ją znowu ugryzło - westchnęła cicho moja rodzicielka i wróciła do kuchni. Powędrowałam więc za nią. Dwayne i Leila siedzieli już przy okrągłym stoliku, pochylając się nad jedzeniem, a mama kończyła parzyć kawę. Zajęłam swoje miejsce obok Leili, spoglądając na jajecznicę przygotowaną przez mamę. 
Mama nie była świetną kucharką i jajecznica wyglądała, jakby została przeżuta trzy razy, ale nie protestowałam, gdy musiałam to zjeść. Nie byłam wybredna i doceniałam starania mamy, podwójnie, bo również za Leilę. 
   - Co z tą jajecznicą? - zapytała Leila niezbyt grzecznie, dłubiąc widelcem w żółtej mazi. 
   - Jesteś wredna - stwierdziłam cicho z wyrzutem.
  - Mam to w dupie - mruknęła Leila. - Nie ma bekonu? - zapytała, sięgając po  niebieską solniczkę. Solniczka była składana już chyba z siedem razy, bo za każdym razem, gdy Dwayne robił imprezę pod nieobecność mamy, dziwnym trafem obrywała zawsze solniczka. Leila soliła z pół minuty, nim ustaliła, że jajecznica jest wystarczająco słona. 
   - Czemu tak szybko uciekłyście z imprezy? - zapytał Dwayne, uśmiechając się złośliwie w kierunku mojej siostry. On też jeszcze nie zaczął jeść. Miał lekko podkrążone oczy, ale za to dobry humor. Musiał się świetnie bawić.
   Leila zacisnęła dłonie w pięści, wbijając wzrok w talerz przed sobą.
  - Było super. Przyszło później kilka osób. Vance upił się do nieprzytomności, a Ryan wywrócił do góry nogami kanapę. Żałuj, że tego nie widziałaś.
  Dwayne uwielbiał dokuczać Leili. Wiele razy mówił, że kocha widok zdenerwowanej zielonookiej siostrzyczki. Było to jednym z jego hobby, zaraz po imprezach. Uważał, że jeśli jest dwa lata od nas starszy, to może pozwalać sobie na takie rzeczy. Ja nie dawałam wyprowadzić się z równowagi przez Dwayne'a, więc za cel obrał sobie Leilę. Trwało to odkąd Dwayne skończył siedem lat, a my z Leilą miałyśmy wtedy pięć. Podejrzewałam, że Dwayne zaczął się tak zachowywać, ponieważ wówczas ojciec nas zostawił, odszedł do innej i słuch po nim zaginął. Brat bardzo wówczas cierpiał. 
  Widziałam, jak Leila zaciska mocno zęby. Ledwo powstrzymywała się, żeby nie wybuchnąć. Dwayne również to widział, ale kontynuował drażnienie siostry. Spiorunowałam wzrokiem brata, ale ten się nie przejął. W dodatku szerzej się uśmiechnął. 
   - Wszyscy bardzo żałowali, że wcześniej wyszłaś, ale powiedziałem im, że musiałaś wrócić na dobranockę.
    - Zamknij mordę! - zawołała Leila, łapiąc za widelec i wbijając go w stół z ogromną siłą o mało nie nadziewając na niego palców brata. Spojrzała zaskoczona najpierw na dłoń Dwayne'a, później na widelec, po czym przeniosła wzrok na mnie, na Dwayne'a i znowu na jego dłoń. - Nie jestem głodna - mruknęła, odsunęła się z krzesłem od stołu i niemalże wybiegła z kuchni. 
   Mama z otwartymi ustami z zaskoczenia wpatrywała się we wbity widelec w stół. Dwayne dotknął sztućca, a ten przewrócił się z brzękiem. 
   - Pójdę zobaczyć co jej jest - powiedziałam cicho. Mama kiwnęła głową i dopiero wtedy opuściłam kuchnię. Łomotało mi serce, słyszałam w uszach pulsowanie krwi - tak jakbym to ja się rozgniewała, nie Leila. Przeskakiwałam po dwa schodki i prędko dotarłam pod drzwi pokoju siostry. Kiedy miałam już nacisnąć klamkę, głowę przeszył mi ostry ból. Czułam się, jakby ktoś wbijał mi w mózg tysiące rozpalonych igieł. Padłam na kolana, łapiąc się za głowę. Z ust wyrwał mi się dziwny dźwięk. Nagle drzwi przede mną otworzyły się, a słońce padające przez okno spotkało się z odsłoniętymi fragmentami mojej skóry. Ktoś przytknął mi dłoń do ust tak szybko, że mój wrzask został stłumiony.
- Ciiii - mruknął jakiś męski głos, po czym zaciągnął mnie do pokoju siostry. 

środa, 20 stycznia 2016

Leila

    Światło okrutnie drażniło moje źrenice skrywane pod powiekami. Lekko przytłumione odgłosy z dołu rozsadzały moją czaszkę, a okropny zapach przyprawiał mnie o mdłości, choć jeszcze porządnie się nie obudziłam. Czułam też niepokojące skurcze żołądka, jakbym miała zaraz zwymiotować. Z ledwością zasłoniłam twarz kołdrą. Byłam dziwnie wyczerpana, jakby cała energia ze mnie uszła podczas snu i nawet nie próbowała się regenerować. I nagle przypomniałam sobie te czarne niczym smoła oczy.     
    Rozchyliłam gwałtownie powieki, czując nagłe przyspieszenie serca i obezwładniający mnie strach. I serce, które przed chwilą biło mi jak szalone zamarło. Poderwałam się na klęczki na łóżku. Obraz przed moimi oczami był zamazany. Nie potrafiłam odróżnić kształtu poszczególnych rzeczy, a kolory straciły swój urok - były ponure i bardziej szare niż zazwyczaj. Tak jakbym nie miała założonych soczewek kontaktowych, albo nawet tysiąc razy gorzej. Zalążek paniki szybko się u mnie zakorzenił, cała się trzęsłam. Nie, nie, nie! Jęczałam w myślach, a w rzeczywistości wydawałam z siebie dźwięki, wskazujące na duszenie się zmieszane z krztuszeniem. Byłam pewna, że nie zdejmowałam soczewek na noc. Rzuciłam się w ciemny kąt pokoju do wielkiej, staromodnej komody, która przeżyła już swoje lata świetności, szukając nerwowo lusterka albo czegokolwiek, w czym mogłabym się przejrzeć. 
    Byłam już bliska płaczu. Szperałam w szufladach, wyrzucając wszystkie, już i tak pogniecione, ciuchy na podłogę. Kilka razy zahaczyłam dłonią o wystającą drzazgę, której już dawno powinnam się pozbyć. Błądziłam po omacku, instynkt i znajomość własnego pokoju zostały odepchnięte na bok przez przerażenie. Nie mogłam stracić wzroku! Nie mogłam stać się niewidoma! Miałam dopiero szesnaście lat, już i tak mój wzrok był bardzo pogorszony, ale nie mógł być w takim krytycznym stanie! Padłam na kolana przed komodą, dosłownie wyszarpując szufladę z szyn, na których się przesuwały. Moje palce trafiły na coś gładkiego i zimnego. Przysunęłam lusterko jak najbliżej się dało. Trudno mi było cokolwiek zobaczyć, ale zdołałam wykryć zarys niebieskoprzezroczystej soczewki, oplatającą moją tęczówkę. 
    Jeśli miałam w oczach szkła kontaktowe, to dlaczego tak słabo widziałam? Mój wzrok był aż tak słaby, że mocne soczewki nic nie dawały? Zaczęłam oddychać spazmatycznie. Drżące palce przyłożyłam do oka i szybkim ruchem ściągnęłam soczewkę.     
    Spojrzałam w dal i moje serce znów mi zamarło.     
Prawym okiem, z którego została ściągnięta pomoc dla oka, widziałam wszystko wyraźnie, z najdrobniejszymi szczegółami. Nierówności ścian, zwłoki muszek, które w nocy zlatywały się do lampki na szafce nocnej, po czym ginęły od gorąca żarówki, a nawet pyłki kurzu, unoszące się w powietrzu. Natychmiast zdjęłam i drugą soczewkę. Było tak, jak z poprzednim okiem. Ulga przepełniła mnie tak nagle, że znów zapłakałam, tym razem ze szczęścia. Oparłam się o komodę z wyrzuconymi szufladami i spojrzałam na porozrzucane wszędzie ubrania. Co się takiego wydarzyło, że po sześciu latach odkąd stwierdzono, iż mam poważną wadę, pogarszający się z każdym kolejnym rokiem wzrok tak nagle wrócił do swojego pierwotnego stanu? Nie wierzyłam w cuda, ani w Boga, więc jak u licha?     
    Przez chwilę gorączkowo zastanawiałam się nad tym, co się właściwie wydarzyło. W pokoju obok rozległo się głuche uderzenie o podłogę, ale ja byłam zbyt przejęta swoją nagłą poprawą wzroku, by pójść zobaczyć co się stało. Podniosłam lusterko z powrotem do twarzy i przyjrzałam się jeszcze raz swoim oczom. Wyglądały zupełnie normalnie, więc dlaczego nie potrzebowałam już soczewek? I nagle przypomniałam sobie, co zaszło poprzedniego wieczoru. Znowu zobaczyłam czarne, przepełnione groźbą i żądzą oczy. Nie były to zwykłe oczy o ciemnej barwie. Były pozbawione białek niczym u demona.   
    Skurcze w żołądku dały się we znaki, tym razem z lęku. Ostatnie, co pamiętałam, to ból w okolicy szyi, jakby ktoś wbijał mi ostre, grube igły głęboko pod skórę. Machinalnie dotknęłam miejsca, które wczorajszej nocy doznało krzywdy.     
    Skóra w tych okolicach była wrażliwa i kiedy jej dotknęłam zasyczałam z bólu. Wyczułam pod koniuszkami palców dwa strupki. Im dłużej ich dotykałam, tym bardziej podobał mi się ten ból. Spojrzałam w lusterko, a to, co zobaczyłam, przeraziło mnie do szpiku kości. Widziałam wyraźne ugryzienie. Nie takie ludzkie, ale bardziej przypominało ukąszenie węża. Pierwsza moja myśl była dosyć absurdalna. Ugryzł mnie wampir. Jednak pomimo, że bardzo lubiłam fantastykę, to w wampiry nie wierzyłam i wyrosłam z nich parę lat temu. Nie był to wąż, chyba, że mężczyzna zamiast normalnych zębów miał specjalnie wypiłowane na kształt kłów tego gada.
   Dźwignęłam się na nogi, czując, jak odrobinę kręci mi się w głowie. Zamknęłam na chwilę oczy, a kiedy je otworzyłam było wszystko w porządku. Byłam oszołomiona. To, co się wczoraj wydarzyło nie było normalne i sam fakt, który uderzył mnie chyba najmocniej, to to, że znalazłam się w swoim pokoju, jakby nic się nie wydarzyło. Nie miałam pojęcia w jaki sposób dotarłam do domu i czy mama lub brat widzieli mnie wczorajszej nocy. Czy ktoś mi pomógł, czy wróciłam sama. I co z Vianne? 
   Przypominając sobie o siostrze, zrobiłam krok w stronę drzwi, kiedy te nagle się przede mną otworzyły, a do środka wpadła Vianne. Była cała blada i trzęsła się ze zdenerwowania. Zatrzasnęła za sobą drzwi, ale nie puściła klamki. Ściskała ją mocno, jakby miało ją to uchronić przed złem.
   - Coś się stało - wymamrotała niewyraźnie, spoglądając na mnie intensywnie. - W-wczoraj. D-dzisiaj też. 
   Vianne była tak niespokojna, że postanowiłam zaczekać ze swoimi rewelacjami, póki nie powie mi, co się dokładnie stało. 
   - Co się stało? - zapytałam, kiedy Vianne milczała. Czekałam niecierpliwie aż wyrzuci to z siebie, podczas gdy ona z każdą kolejną sekundą wyglądała, jakby miała zemdleć. - Siadaj. - Pociągnęłam ją na łóżko, nie było łatwo oderwać ją od tej biednej klamki, aż w końcu udało mi się ją posadzić. - Co się stało? - powtórzyłam.
   - Słońce mnie parzy - wyszeptała tak cicho, że musiałam nadstawić ucha, by zrozumieć jej słowa. Lecz pomimo to, że usłyszałam, co powiedziała, to mój umysł tego nie przyjął do wiadomości. Patrzyłam na nią tępo, zastanawiając się, czy właśnie to powiedziała.
   - Jak to słońce cię parzy? Co? - Zmarszczyłam czoło, wpatrując się w Vianne. Czy to był jakiś nieśmieszny żart, którego nie załapałam? 
   - No słońce mnie parzy - powtórzyła, tym razem trochę głośniej. 
   - Co? - Mój mózg pracował na wysokich obrotach, próbując zrozumieć sens jej wypowiedzi. Można sobie poparzyć skórę jak siedzi się przez cały dzień na słońcu i bez żadnego filtra UV, czy innego ochronnego cholerstwa, ale inaczej nie ma jak, a zapewne nie o to chodziło siostrze. 
   - Popatrz! - Vianne podeszła do okna i odsłoniła lekko zasłonę, a następnie wystawiła rękę w słup światła. Jej skóra, w miejscu gdzie padały promienie słoneczne, zaczęła robić się lekko różowa. W mgnieniu oka tworzyły się na niej pęcherze, a słońce zaczęło wypalać tkanki. Vianne zabrała rękę, sycząc z bólu, a to, co zobaczyłam wstrząsnęło mną dwukrotnie. Oparzone miejsce zaczęło samo się regenerować. Kilka sekund później zniknęły pęcherze, a skóra odzyskała swoją dawną strukturę i kolor. 
   Opadłam na łóżko, czując jak krew odpływa mi z twarzy. Co się właśnie wydarzyło? Przecież to nie może dziać się naprawdę! Spojrzałyśmy na siebie, próbując przetrawić to, co przed chwilą zobaczyłyśmy. Żadna z nas nie wiedziała jak to logicznie wyjaśnić, bo przecież takie rzeczy zawsze działy się w bajkach, czy innej fantastyce. 
   - Mam ślad po ugryzieniu - wyrzuciłam z siebie nieoczekiwanie. - Jakby po wężu. - Odchyliłam głowę i wskazałam na dwa strupki na mojej szyi. 
   Vianne zasłoniła porządnie okno, by światło nie przebijało się do pokoju i podeszła do mnie, by pokazać dokładnie takie samo ugryzienie. 
   - Jak wróciłaś do domu? - Vianne usiadła obok mnie. 
   - Nie pamiętam - wzruszyłam ramionami. Opowiedziałam Vi jak to wszystko wyglądało z mojej perspektywy, a ona opisała ze swojej. W większości doświadczyłyśmy tego samego; obie zostałyśmy ugryzione w podobne miejsce na szyi tuż przy tętnicy. Jedynie, co różniło te sytuacje, to fakt, że ból, który wówczas odczuwałam był o wiele silniejszy niż ten, który czuła Vianne, nie doznałam żadnej "błogości", a dodatkowo było jeszcze to dziwne spojrzenie mężczyzny, sprawiające, że nie potrafiłam się ruszyć. Żadna z tych rzeczy nie brzmiała normalnie i gdybym nie przeżyła czegoś takiego, to po opowieści Vianne uznałabym ją za wariatkę na mocnych dragach. 
   - Poprawił mi się wzrok - dodałam po długiej chwili ciszy. - Nie potrzebuję już soczewek. - Vianne intensywnie myślała, wpatrując się w jeden punkt. Zawsze tak robiła, kiedy coś pochłaniało cały jej umysł. Oparłam się łokciami o kolana i schowałam twarz w dłoniach. Zamknęłam oczy, wsłuchując się w otoczenie dookoła. Gdy skupiłam się na tym co mnie otacza, wszystko stawało się bardziej wyraziste. Słyszałam jak mama krząta się po kuchni, jak dwie uliczki dalej przejeżdża samochód i jak Dwayne przekłada rzeczy w swoim pokoju. To było tak niesamowite i nierealistyczne, że trudno było w to uwierzyć.
   - Słyszę wszystko tak wyraźnie... Czuję różne, dziwne zapachy. Widzę najdrobniejszy pyłek. - Żołądek ścisnął mi się boleśnie. - I jednocześnie bardzo dziwnie się czuję. Jest mi niedobrze, słońce mnie drażni, choć mam zasłony i jest mi okropnie gorąco. - Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że mam nietypowe dolegliwości. Czułam zbierający się pot na swojej skórze, żołądek podchodził mi do gardła, oczy miałam podrażnione i zaczynała boleć mnie głowa. - Może my jesteśmy na coś chore?
   - A jakbyś wytłumaczyła tak szybkie poparzenia słoneczne? - zapytała Vianne, a ja wzruszyłam ramionami. Coś mnie tknęło, by sprawdzić, czy cierpię na to samo. Wstałam, szybko podeszłam do okna i odsłoniłam zasłonę. 
   - Ała! - zawołała Vianne, chowając się w ciemny kąt. Stałam przed oknem w promieniach słonecznych i czułam jedynie zwykłe ciepło. Odwróciłam się do siostry i zobaczyłam jej zdziwione spojrzenie. - Już nic nie rozumiem. - Vianne przycisnęła palce do skroni i zamknęła oczy, rozpoczynając burzę mózgu.
   Odgarnęłam włosy do tyłu, zdając sobie sprawę jakie tłuste są. Prócz nieświeżych włosów byłam również cała przepocona i przydałby mi się konkretny prysznic. 
   - To ty zrób pospolite ruszenie swoich szarych komórek, a ja w tym czasie pójdę wziąć prysznic - powiedziałam. - Później o tym poczytam, może coś w necie piszą. 
   Vianne pokiwała głową, ale myślami była już gdzie indziej. Zostawiłam ją samą w moim pokoju, a sama ruszyłam pośpiesznym krokiem w stronę łazienki. Pod prysznicem roztrząsałam wczorajszy wieczór i dzisiejszy poranek. Myśli plątały mi się w głowie od nadmiaru wrażeń, ale nie byłam w stanie wymyślić logicznego rozwiązania tego, co się wydarzyło. 

środa, 13 stycznia 2016

Prolog

   Vianne i Leila miały już serdecznie dosyć swojego towarzystwa. Ciągle gdzieś musiały się ze sobą użerać, czy to w domu, czy to w szkole, a nawet na urodzinach koleżanki, na które zostały obie zaproszone! No cóż, nie można się więc dziwić zachowania ów dziewcząt w stosunku do siebie. Ich relacje były zawsze pod wielkim znakiem zapytania. W jednej chwili mogły ze sobą spokojnie i bez żadnych przeszkód rozmawiać, a w drugiej potrafiły sobie nawzajem wyrywać włosy z głowy. Osoby, które je bliżej znały, mogły z pewnością twierdzić, że łączy je tylko wygląd i rodzina, nic poza tym.
   Właśnie, wygląd. Vianne i Leila były bliźniaczkami i wyglądały niemalże jak dwie krople wody. Miały takie same szczupłe rysy twarzy, ten sam wzrost, identyczny kształt ust, jednakowe miny, a nawet malutki pieprzyk w tym samym miejscu. Różniły się tylko kolorem tęczówek, który w obu przypadkach nadawał im groźnego blasku. Vianne i jej niebieskie oczy często były czujne i patrzyły na świat bardzo realnie. Leila zaś, tak samo jak i charakter, oczęta również miała całkiem inne niż siostra. Zielona barwa, jak łąka latem, ziała niebezpiecznym ogniem i już na sam widok, można było się do niej zrazić. 
   Szły szybkim krokiem przez ciemne, ciche ulice, całkowicie pozbawione w tej chwili jakiejkolwiek żywej istoty, prócz nich samych. Latarnie rzucały na nie blade światło, które prawie wcale nie pomagało w lepszej widoczności. Co jakiś czas wiatr poruszał liśćmi drzew i krzewów, a niekiedy przenosił błąkające się po ziemi listki w inne miejsce. Raz czy dwa usłyszały przejeżdżający niedaleko samochód.
   Leila kroczyła zamaszyście, całkowicie wyprowadzona z równowagi, a Vianne podążała za siostrą w bezpiecznej odległości. Znowu się pokłóciły i tym razem poszło o późną godzinę i wyjście z imprezy. Leila chciała zostać i bawić się dalej, ale Vianne nalegała, by wrócić do domu. W końcu po wielu słowach i wyzwiskach udało się jej przekonać siostrę, że czas wracać. Leila od początku rozmowy na temat powrotu do domu była zirytowana, ale gdy ostatecznie ustąpiła Vianne jej złość sięgała zenitu. Nie była wściekła tylko na siostrę, ale też na siebie, za to, że wyszła z urodzin, bo coś tam, coś tam. Jak mogła dać się przekonać? Przecież, Vianne mogła iść sama, a ona by została!
   Vianne wolała trzymać się w tej chwili z daleka od siostry. Wiedziała, że Leila musi dać upust swojej złości i gdyby cokolwiek powiedziała, Leila na pewno by to zrobiła, a ona nie chciała już więcej słuchać wyzwisk w swoją stronę i jednocześnie obrzucać nimi siostrę. Była zmęczona i naprawdę nie chciała już się kłócić, tylko jak najszybciej wrócić do domu. I tak już straciła więcej nerwów niż zwykle. Powoli zaczynała się zastanawiać, czy faktycznie dobrze zrobiła, wyciągając siostrę z imprezy. Może jednak powinna ją zostawić i pozwolić jej, by się dalej bawiła? Nie, zdecydowanie zrobiła dobrze, że przekonała Leilę na opuszczenie urodzin. Gdyby tego nie zrobiła, kto wie, co by się tam wydarzyło. 
   Dlaczego się zgodziłam? - myślała zezłoszczona Leila. Teraz wszyscy się świetnie bawią, a ona wraca do domu jak grzeczna dziewczynka, bo według jej siostry godzina, którą wskazywał zegar była zbyt późna. No ludzie, od kiedy dwudziesta trzecia jest późną godziną?! O tej godzinie to ona jeszcze jest przed kąpielą!
   Skręciły w Leigh Ave, pełną gregoriańskich, ceglanych domków jednorodzinnych. Księżyc rzucał jasne, blade światło na równo przystrzyżone trawniki domów mieszkańców. Wiatr kołysał kwiatami hortensji i hiacyntów, uwalniając w świat ich słodkawy zapach. Gdzieniegdzie w oknach można było dostrzec światło od telewizora, zmieniające swoje barwy co chwilę.
   Gdy mijały ogród przepełniony różowymi i białymi pelargoniami, wiatr zaświszczał okropnie. Po chwili ustał i nastała głucha cisza. Leila wsadziła ręce do kieszeni trochę zwalniając tempo. Dziewczyny zrównały kroku i wtedy Vianne dostrzegła ruch kątem oka. Obróciła głową w lewo mrużąc oczy jak kot. W pierwszej chwili nic nie dostrzegła, ale po kilku sekundach zobaczyła dwie ciemne postacie, stojące pod drzewem. Na ich widok Vianne dostała gęsiej skórki i natychmiast się nieco skuliła. W tej chwili zapragnęła być w ciepłym, bezpiecznym domu, gdzie nikt się nie czaił w ciemnym kącie. Miała wrażenie, że tajemnicze postacie obserwują je uważnie. Przysunąwszy się odrobinę do siostry, zerknęła dyskretnie w ich stronę. Poruszyli się, a po chwili wyszli z cienia, kierując się powoli w tę samą stronę co one.
   - Możemy iść szybciej? - zapytała cicho Vianne, przysuwając się jeszcze bliżej do siostry.
   - Jak chcesz to idź - mruknęła Leila. Spojrzała na twarz Vianne i uniosła brwi w pytającym geście. - Co jest?
   - Oni idą tam gdzie my - odpowiedziała niebieskooka jeszcze ciszej, niż przedtem.
Leila obejrzała się przez ramię, ale nikogo nie zobaczyła.
   - Kto idzie?
Vianne odważyła się spojrzeć za siebie i ku jej zdziwieniu, nikogo nie było. Zamrugała kilka razy. Przecież co dopiero ich widziała! Szli w tym samym kierunku co one!
   - Chyba coś ci się przywidziało - burknęła Leila podnosząc wzrok.
Nagle zza drzewa na końcu ulicy wyszło dwóch mężczyzn. Zatrzymali się, jakby zastanawiali się co mają zrobić. Po chwili spojrzeli w stronę Vianne i Leili. Jeden oparł się o drzewo, podczas gdy drugi wsadził ręce do kieszeni i zaczął im się otwarcie przypatrywać.
   - To oni - wyszeptała wystraszona Vianne. - Ale słowo daję, oni byli za nami!
Leilę zdumiało zachowanie siostry. W jej oczach widziała zalążek przerażenia, więc naprawdę musieli budzić w niej pewien niepokój. Leila popatrzyła na mężczyznę i przygryzła wargę. Było po dwudziestej trzeciej i kto wie, jakie dziwne typy mogły w tym czasie krążyć po okolicy.
   - Spokojnie - powiedziała Leila, starając się przybrać naturalny ton głosu. - Przejdziemy na drugą stronę ulicy i będzie dobrze.
   Nie była pewna czy po tym co zrobią, będzie wszystko w porządku. Czuła pewne obawy do tych dwóch, podejrzanych typów. Kto normalny stałby na chodniku i obserwował dwie dziewczyny wracające z imprezy? Każdy zwyczajny człowiek poszedłby w swoją stronę, a nie gapił się na nie z takim zainteresowaniem.
   Przeszedłszy na drugą stronę ulicy, przyspieszyły nieco kroku. Nie miały zamiaru dłużyć powrotu do domu, głównie przez tych facetów. Skręciły w Crescent Street. W tym samym czasie, jeden z mężczyzn powiedział coś do drugiego i oboje ruszyli za bliźniaczkami. Dziewczyny jeszcze bardziej zwiększyły tempo, spoglądając co chwilę przez ramię. Mężczyźni nie spuszczali z nich oka i zbliżali się z każdym kolejnym krokiem. Następne co się wydarzyło, było jak w przyspieszonym tempie. Spanikowały i rzuciły się naprzód, biegnąc ile sił w nogach. W przypływie strachu rozdzieliły się, wbiegając w dwie różne uliczki i znalazły się zupełnie same. Głuchą ciszę spowijał mrok, a lodowaty wiatr wzmagał się co chwila. W ich głowach kotłowało się tylko jedno pytanie: gdzie jest siostra? 
   Vianne trafiła do ciemnego, śmierdzącego zaułka. Przerażona, przewróciła się kilka razy, ale starała się biec dalej. Chciała się znaleźć jak najdalej nich. Kiedy znów dźwignęła się na nogi po upadku, zamarła w bezruchu nasłuchując, czy ktoś za nią nie idzie. Cisza, kompletna cisza przerywana jej szybkim i płytkim oddechem. Jednak dalej nie czuła się bezpiecznie. Miała wrażenie, że ktoś wciąż jest blisko niej, czuła wwiercające się spojrzenie na swoich plecach. Przymrużyła oczy wpatrując się w ciemność. Cofała się do tyłu powoli i cicho jak tylko umiała. W pewnym momencie poczuła zaciskające się palce na swoich nadgarstkach. Chciała się wyszarpnąć i uciec, ale dłonie trzymały ją za mocno. Wyczuła JEGO oddech na swojej szyi. Głos uwiązł jej w gardle. Nie mogła krzyczeć, nie mogła wołać o pomoc. Sparaliżowana strachem nie zdołała nawet się ruszyć. Oddychała płytko, wydając z siebie zduszone dźwięki. Poczuła jego język na swojej szyi, a za chwilę ostry ból w tym samym miejscu. Krzyknęła głośno. Ból ustał i przez chwilę czuła błogość. Przymknęła oczy i nastała ciemność.
   Biegła szybciej niż kiedykolwiek w życiu, byleby jak najdalej od miejsca, gdzie kręciło się dwóch podejrzanych typów. Zatrzymała się na rogu Church Sreet i Canning Place i przeskoczyła przez niski żywopłot, chowając się w cieniu. Mimo strachu, orientowała się dobrze w terenie. Rozejrzała się wokół. Było całkowicie cicho i poza nią, nie widziała, żadnej żywej duszy, która mogłaby jej pomóc. Dreszcze przeszły po ciele. Spojrzała jeszcze raz na cichą ulicę i odwróciła się, a wtedy zobaczyła JEGO. Cofnęła się gwałtownie wydając z siebie pisk. Miał oczy jak u demona. Całe czarne, pozbawione białek. Wyszczerzył do niej lśniąco białe zęby w aroganckim uśmiechu. Na jego twarzy malował się triumf i żądza. Gdy cofnęła się kilka kroków w tył, on nadal się nie ruszał. Leila słyszała szybkie bicie swojego serca. Poczuła ucisk w żołądku. Cała się trzęsła. Gdy on zrobił jeden krok w jej stronę, rzuciła się rozpaczliwie do ucieczki. Gnała przed siebie, nie zważając na nic innego aż w końcu potknęła się, zdzierając sobie skórę wewnątrz dłoni i na kolanach. Poczuła piekący ból, a następnie spływającą powoli krew w tych samych miejscach. Dźwignęła się na nogi i znowu go zobaczyła. Pojawił się tuż przed nią w ułamku sekundy, tak blisko, że mogła poczuć jego oddech na swojej twarzy. Nim zdążyła jakkolwiek zareagować on spojrzał jej głęboko w oczy i wypowiedział jedno krótkie zdanie.
   - Nie ruszaj się. 
   Poczuła jak traci kontrolę nad swoim ciałem. Nie potrafiła ruszyć nawet palcem. Co on nakazał, jej ciało wykonało jego polecenie wbrew jej woli. Uśmiechnął się złowieszczo, przysunął się jeszcze bliżej i zatopił kły w jej szyi. Był to ból jakiego Leila jeszcze nie doświadczyła. Ostry, palący i żrący, zupełnie jakby ktoś wylał na nią kwas. Ostatkami sił próbowała zawołać o pomoc, lecz z jej gardła wydobył się jedynie krótki jęk zanim zemdlała.